na całe życie

Tak po prostu zamknij teraz oczy i przypomnij sobie smak i zapach, który sprawia że coś niewytłumaczalnie miękkiego i ciepłego wypełnia każdą tkankę. Pomyśl o burzy w śliniankach, która powoduje, że motylom w twoim brzuchu rosną skrzydła i czujesz, że nogi pod stołem przestają dotykać ziemi.

Każdy z nas ma takie wspomnienia dzięki którym jesteśmy na kulinarnym haju. Takie, których nie zastąpi nawet sporej wysokości rachunek w renomowanej restauracji. Nie ma tu znaczenia zasobność portfela czy kolor talerza, to takie połączenie smaku, zapachu (najczęściej najprostsze i najmniej wyszukane) czy wydarzenia im towarzyszącego, dzięki którym jesteśmy tacy tyci tyci, do przytulenia. Ja też mam takie jedzeniowe dragi, których nic pod względem super mocy nie zastąpi. Mięknę na samą myśl o zupie jarzynowej i rosole mojej Mamy czy duszonych skrzydełkach z cebulą, koktajlu borówkowym, pieczonym jabłku z pieca czy jajecznicy mojego Taty albo pierogach Babci z Żegiestowa. Rany… no to wracamy do tej burzy w śliniankach [śmiech]. To są smaki nie do zastąpienia i choćbym próbowała na dziesiątki sposobów (nie byłabym sobą gdybym nie próbowała) nie uda się ich nigdy odtworzyć. Właśnie w tej niepowtarzalności jest sedno i to ona przenosi mnie do czasów podstawówki, kiedy Tata rano pięć razy stuknął w patelnię i na stole lądowała taka jajecznica jakiej nikt nigdy w moim życiu nie powtórzył. Taka prosta, taka wtedy zwyczajna, taka niepozorna, taka niewymyślna, nie bogata a tak bardzo mi została w głowie.

Jarkowi oczy się świecą na myśl o pajdzie chleba z kwaśną śmietaną i cukrem aż w zębach trzeszczy, bloku czekoladowym z mleka w proszku (koniecznie „niebieskiego”), drożdżówkach z białym serem Babci i chlebie z pieca i ziemniakach pieczonych na blasze. To wyjątkowe wspomnienia. Wspomnienia miejsc, ludzi czy zdarzeń i to wszystko w połączeniu tworzy strefę komfortu znaną tylko nam.

Nie zaskoczę Was jak teraz napiszę, że jedzenie to dla mnie jeden z filarów naszego życia rodzinnego i budowania naszej rodzinnej historii, mojej osobistej również. Kocham karmić ludzi, kocham wymyślać nowe smaki, połączenia, formy. I wymyślam, co możecie często tu oglądać, ale nasze sztandarowe smaki pozostają niezmienne. Nimi się koimy kiedy jest źle, świętujemy kiedy jest dobrze, celebrujemy zwykły dzień. Nie potrzeba pełnego koszyka na zakupach, nie potrzeba drogich składników na chleb, krokiety z barszczem na rosole, łazanki, naleśniki z dżemem czy najzwyklejszą szarlotkę i pomidorową.

Myślę o tym czy kiedyś Lili będzie mieć takie kulinarne dopalacze, bo rośnie w domu, który zaczyna się od kuchni, gdzie obiad jest ważniejszy niż nawet najlepsze zabawki. I to obiad przy stole. Bo stół łączy.

comfort food, slow food

||||| Like It 3 I Like It! |||||

4 Comments

  1. Jakoś na początku tej ciąży robiłam z Filipem rogaliki drożdżowe … Dużo i długo … Nie czułam sie zbyt dobrze wiec mąż pytał po co sobie wymyślam takie pracochłonne zajęcia ? No wiec po to zeby Filip miał wspomnienia z dzieciństwa …;) ten smak , ta chwila …. Wierzę, ze kiedyś bedzie pamiętał :) tak jak ja pamietam ziemniaka w mundurku z masłem i solą;) jedzonego w dzień Wigili w czasie krojenia sałatki jarzynowej ;)

Komentarze są zamknięte.