mam na imię Paulina i jestem zajęta

Zawsze bez problemu przychodziło mi oglądanie telewizji podczas wielu rzeczy, które jednocześnie robiłam w domu. Sprzątałam, prasowałam, robiłam obiad czy przeglądałam magazyny. Odkąd nie mamy telewizora w domu, faktem jest, że ekran telewizora mnie nie rozprasza, ale znalazłam sobie dodatkowe zajęcia pomiędzy wszystkimi rzeczami do zrobienia. Bo zawsze coś do zrobienia jest. Wiecie o czym piszę i nie ma tu znaczenia czy ma się własny dom, czy mieszka u rodziców, czy posiada się dzieci czy rybkę.

Był czas w moim życiu, kiedy przeczytałam wieeeele książek, artykułów i wpisów na blogach na temat uważności, skupiania się na jednej czynności, wykonaniu jej na max procent i dopiero przejście do następnej. Okej, powiedziałam, jest to pewnie do zrobienia. I na tym się skończyło. Będąc mamą, pracując zawodowo, chcąc dobrze czuć się w swojej skórze i mieć jeszcze jakiś kontakt ze światem raczej trudno skupić się wyłącznie na jednej sprawie, rzucając w kąt pozostałe. Zawsze jest coś co chcę zrobić. „Mądre” źródła mówią, że robiąc kilka rzeczy na raz tak naprawdę niczego nie robimy dobrze. Przyznaję rację, ale tylko jako pracownik – pracując jako grafik zdecydowanie jestem gotowa wysłać w kosmos tego kto odrywa mnie od pracy. Jako kobieta i matka, jednak wiem, że da się ugotować, zrobić dwa warkocze, spakować plecak, znaleźć przepis na ciasto i obejrzeć przy tym kobietę na krańcu świata. Dokonuję takich rzeczy regularnie.

Ale to nie miał być wpis o tym co każda z nas potrafi, ale o czymś innym. O innym powodzie bycia wiecznie zajętym. Przyznaję się, dałam się wciągnąć, dałam się ponieść fali i uległam. Choć myślę o tym coraz częściej to ciągle w tym trwam i usprawiedliwiam się przed samą sobą… Ile więcej bym zrobiła gdyby nie smartfon, tablet, skrollowanie, odświeżanie? Najbardziej jestem na siebie zła o przedkładanie klikania nad czytanie książek. Kocham czytać, ale zbyt często zostawiam to na kiedyś. Czytam kiedy mogę, ale zawsze coś zatyrczy, zaszeleści, odrywam się i gubię wątek. Absolutnie nie mam nic przeciwko nowym technologiom, postępowi w cyfrowym świecie, ale zdecydowanie ciągle szkoda mi czasu spędzonego nad ekranem z niebieskim „ef”, ile by go nie było. Życie dzieje się tu i teraz przecież. Tylko co z tego, że ja się sama przed sobą opieprzam jak potem robię dalej to samo, bo ciekawość bierze górę?

Nie, nie będę tu publicznie składać obietnic, że koniec, że mniej, że coś tam, bo okej muszę być przede wszystkim sama wobec siebie i nie pomogą mi w tym publiczne obietnice. Chodzi mi bardziej o zwrócenie uwagi na problem jaki przypuszczam wiele z nas posiada. Na problem bycia „wiecznie zajętą”. Niektóre z naszych zajęć oczywistym jest, że są obligatoryjne – zapłacenie rachunków, raty kredytu, zakupy, remont czy porządek. Nie mamy co z tym dyskutować. Tylko to nie to tak naprawdę nam ten czas zjada. Jesteśmy zajęci czymś tak ulotnym i często nieistotnym, co tak naprawdę nie wnosi niczego do naszego życia, bo to spostrzegamy i nie odróżniamy tego co wartościowe od życia życiem innych. Jak naprawdę wygląda nasz odpoczynek, bycie sam na sam ze sobą? Jak wygląda teraz nasz spacer, zakupy, spotkanie z przyjaciółmi? Nie ma tam miejsca na prawdziwe bycie, bo wszystko to robimy w tłumie ludzi, nie koniecznie nawet znajomych, chmurze lajków, komentarzy… Tak się teraz dowartościowujemy? Ze smartfonem w ręce… Brzmi znajomo?

||||| Like It 2 I Like It! |||||

6 Comments

  1. Tak. Mamo to i ja. Obietnice wylogowania sie z facebooka. Wytrzymuje kilka tygodni a potem wracam. Ale z drugiej strony sledze ludzi, gazety i grupy ktore mnie interesuja i czesto dowiaduje sie ciekawych rzeczy. Czytam kilka tylko kilka blogow ale takich ktore mnie zatrzymuja na chwile, na dobra, mila chwile, jak twoj. Wirtualna znajomosc, nieznajomosc. Pewnie tak marnuje troche czasu na to skrolowanie, a kolumna nie przeczytanych ksiazek pietrzy sie na stoliku w sypialni. Ale czasem potrzeba skupienia, czasu, a nie tylko kilka chwil to tu to tam, by moc w pelni. Zazwyczaj jest sie na facebooku w autobusie, w kolejce,czekajac az sie pralka wylaczy zeby moc wywiesic pranie. A jak sie znajdzie jakas perelke, to i nalesnika mozna przypalic. Ale jak ju z przyjaciolmi, rodzina, to telefon zapominam. Czasem chcialoby sie wypic earl greya z pomarancza z taka wirtualna bratnia dusza – kindered spirit. Milej niedzieli. :)

  2. Ja zupełnie nie wiem o czym Ty do mnie piszesz. Nigdy mi się przecież nie zdarzyło tak się zapatrzeć w telefon, że przypaliły się racuchy. Nigdy też nie minęłam swojego przystanku, zapatrzona w portal z literką f. To nie byłam ja, gdy miałam włączyć telefon, by ustawić budzik a ocknęłam się po 20 minutach kupując buty w sklepie internetowym. Nie, zupełnie nie w moim stylu.
    Tylko gdzie ten czas się podział?
    :)

  3. Ja juz bylam na etapie, w którym poświęcałam naprawdę mało czasu temu małemu ekranowi w swoim telefonie i znów wszystko wróciło. Nie jestejestem z siebie zadowolna ani trochę, wszystko to znów zabiera mi czas, który mogłabym poświęcić córce, przyjaciółce, mężowi.. Jednak znów zaczynam walkę od nowa i tak bede telefon odkładać i czytać z moim dzieckiem książki, a później te ktore czekaja obok łóżka.

    • To tak jak ja, wciąż zaczynam walkę od nowa. Takie rozdwojenie – z jednej strony już mnie odrzuca od tych wszystkich mediów czasem, fb jest niemożliwie denny momentami, instagram to zwykła ludzka ciekawość a jednak w gąszczu tych wszystkich informacji wyłapuję dla siebie te wartościowe, nie wyobrażam sobie już braku niektórych blogów czy obejrzenia nowych zdjęć, bo zwyczajnie się kogoś podziwia i lubi. I tak to w kółko wszystko się kręci. Czasem jestem z siebie dumna, bo zrobię porządek na portalach a czasem pochłaniają mnie treści zupełnie bezwartościowe. Chyba nie poradzimy na to nic. Umiar jest wskazany w tej kwestii i nic innego. Pozdrawiam Cię z serducha Różo.

Komentarze są zamknięte.